|
Recenzje -
Recenzje
|
|
środa, 06 lutego 2008 22:46 |
 Okładki płyt Tori Amos są chyba wyrazem jej fascynacji łatwością zmieniania swojego look w dzisiejszych czasach — zobacz „ Strange Little Girls” (2001) czy „ American Doll Posse” (2007). Zresztą nie tylko look, wszystkiego: światopoglądu, tożsamości, całej swej osobowości; całej siebie. Jedna osoba — tysiąc całkiem różnych twarzy. Oczywiście w przypadku „American Doll Posse” wszystko związane jest z nowym programem artystycznym Tori ( http://toriamos.pl/?itemid=430/), ale przecież jedno drugiego nie wyklucza.
Okładki płyt Tori Amos są chyba wyrazem jej fascynacji łatwością zmieniania swojego look w dzisiejszych czasach — zobacz „Strange Little Girls” (2001) czy „American Doll Posse” (2007).
Zresztą nie tylko look, wszystkiego: światopoglądu, tożsamości, całej swej osobowości; całej siebie. Jedna osoba — tysiąc całkiem różnych twarzy. Oczywiście w przypadku „American Doll Posse” wszystko związane jest z nowym programem artystycznym Tori (http://toriamos.pl/?itemid=430/), ale przecież jedno drugiego nie wyklucza.
Lecz mimo to Tori pozostaje niezmienna muzycznie. Paradoksalnie niezmienna, bo na płycie „American Doll Posse” brutalnie zderzają się kołysanki spod znaku „Beekeeper” (2005) oraz wybuchy gniewu, cierpienia i egzystencjalnego brudu — zobacz zestawienie utworów: „Mr. Bad Man” — „Fat Slut” — „Girl Disappearing”! Te nagłe wybuchy gniewu mogą tłumaczyć rzecz wprost niepojętą — co Tori robiła kiedyś z księciem mrocznej rzeczywistości broken Trentem Reznorem…
Jednak całościowo rzecz biorąc, Tori jest niezmienna. Czytam ostatnio wynurzenia krytyków muzycznych, którzy twierdzą, że energetyczny album „American Doll Posse” jest zaprzeczeniem nudnego ich zdaniem „Beekeeper”... A więc: (1) ani „American Doll Posse” nie jest szczególnie energetyczny (choć pierwsze utwory, jak „Big Wheel”, „Bouncing Off Clouds”, „Teenage Hustling”, mogą być zwodniczą zapowiedzią dalszej energii; możliwe więc, że po prostu rzeczeni krytycy skończyli odsłuch na 4. utworze…), ani (2) „Beekeeper” nie jest nudny. To jest po prostu Tori. Definicją stylu Tori Amos jest Tori Amos. I nie ma przynajmniej żadnego problemu, gdy w rozmowie z drugim człowiekiem wychodzi nagle, że słucha Tori. Nie trzeba zadawać pytania: ale której, bardziej tej z początków kariery czy raczej z teraz? Bo Tori to jest Tori. Jest maniakalno-depresyjna i zmieniając się co chwilę, nie zmienia się wcale.
© 2007 Emilia Walczak |