Panna młoda rozedrgana przez swych kawalerów (PJ Harvey, Sala Kongresowa, Warszawa 21/5/2008) |
| Recenzje - Recenzje | |||||
| czwartek, 29 maja 2008 16:50 | |||||
Po pierwsze, PJ słucham, od kiedy sięgam pamięcią – oczywiście mówię tu o życiu świadomym, czasie rozmyślnych wyborów, także tych muzycznych. Po drugie, to na jej piosenkach nauczyłam się grać na gitarze...
Po pierwsze, PJ słucham, od kiedy sięgam pamięcią – oczywiście mówię tu o życiu świadomym, czasie rozmyślnych wyborów, także tych muzycznych. Po drugie, to na jej piosenkach nauczyłam się grać na gitarze (toteż mój udział w koncercie opierał się także na obserwacji scenicznych poczynań PJ od strony czysto technicznej).
Tu ujawnia się znaczenie sentymentalne wydarzenia, jakim był pierwszy (czy na pewno – o tym za chwilę) i jedyny występ w naszym kraju tej niekwestionowanej królowej angielskiej sceny niezależnego rocka. I tyle by mi wystarczyło, aby zachwycić się już samą możliwością udziału w jej koncercie, zobaczeniem jej na żywo, usłyszeniem, by z miejsca zdębieć i oniemieć. Ale występ przyniósł ze sobą także kolejne wielkie atuty, które, po ochłonięciu, postaram się jednak jak najrzetelniej, nie popadając w zamraczający zachwyt, opisać.
PJ Harvey nie zawiodła z jednej strony tych niewybrednych słuchaczy – jakich w Sali Kongresowej naliczyłam naprawdę sporo (kryterium rozpoznania nie ujawnię – tajemnica zawodowa) – wyznających zasadę, że: „najbardziej lubimy i bawimy się przy tych utworach, które już gdzieś kiedyś słyszeliśmy” – i tu np. drugi numer wieczoru, „Send His Love To Me”, oraz grany w ramach bisów, zawsze fenomenalnie brzmiący i poruszający, histeryczny „C’mon Billy” (oba z mocno gitarowej płyty „To Bring You My Love, 1995, podobnie jak otwierająca zarówno koncert, jak i sam ów krążek tytułowa piosenka) wykonane zostały praktycznie bez żadnych odstępstw od swych wersji oryginalnych. Oczywiście w trakcie całego koncertu podobnych kawałków było jeszcze kilka (m. in. piosenka, która – także zdaniem samej PJ – „nigdy się nie nudzi”, czyli „Shame” z krążka „Uh Huh Her”, 2004), ale o tych dwóch akurat wspominam, gdyż to właśnie na nie sama szczególnie czekałam. I w tej kwestii PJ także i mnie nie zawiodła.
Ale z drugiej jednak strony, iście „powalające” (nie znajduję adekwatniejszego słowa) okazały się zupełnie nowe aranżacje utworów: „My Beautiful Leah” (mój zdecydowany faworyt koncertu, wyraz naprawdę niesamowitej ekspresji i wysokiej klasy artyzmu i zaangażowania!), notabene, którego podkład posłużył PJ również do wzbogacenia brzemienia „Angelene” (oba z elektryzującego albumu „Is This Desire?”, 1998), oraz szeroko znanego „Down By The Water”, wręcz romantycznie „ocieplonego” brzmieniowo za pomocą elektrycznej harfy i wyższego niż w „groźnym” oryginale głosu Polly Jean. I właśnie owo „ciepło” jest chyba najlepszym słowem na opisanie atmosfery całego koncertu.
Pomimo istnych tłumów (bilety na wszystkie miejsca siedzące Sali Kongresowej – 2880 – zostały błyskawicznie wyprzedane, zorganizowano tzw. „dostawki”, a pomieszczenie wypełniło się po brzegi także osobami stojącymi), dawało się odczuć znaczną kameralność występu PJ. Niewątpliwie dużą w tym rolę odegrała świetna akustyka miejsca – najmniejszy komentarz ze strony widowni, nawet z najdalszych zakamarków Sali Kongresowej, był dobrze słyszalny zarówno przez całą publikę, jak i samą PJ Harvey, która błyskawicznie weszła z widownią w interakcję i np. uległa na chwilę propozycji pewnego pana, który dwukrotnie nalegał, aby zagrać utwór „Lying In The Sun”. PJ zapomniała jednak tekst i to, jak ów utwór grać – z czego oczywiście sama się śmiała, wprawiając publiczność w szczere rozbawienie.
Chyba zupełnie niespodziewanym utworem był „Nina In Ecstasy” (z limitowanego krążka „B-Sides”), z wykorzystaniem fragmentu utworu Middle Of The Road „Chirpy Chirpy Cheep Cheep” z lat 70. i umieszczeniem go w zupełnie innym kontekście, a już zupełnie zaskakująca była geneza tytułu przedstawiona przez PJ, która to sugestywnie opowiedziała o nocy spędzonej niegdyś w hotelu na przeglądaniu kanałów w telewizorze. Wtedy to ponoć natrafiła na… film pornograficzny pod takim właśnie tytułem! I tu wyznała również, że tytuły piosenek często rodzą się całkiem przypadkowo, i zaszydziła nawet trochę z Bono i piosenki „Beautiful Day” U2, ponownie wprawiając widownię w rozbawienie. Podobnie było z opowieścią o swym rzekomym pobycie w Polsce (sic!) w wieku 17 lat (sic!), w ramach trasy koncertowej odbytej z Johnem Parishem, kiedy to, jako wegetarianka, przez kilka dni zmuszona była jeść chleb z serem, bo w Polsce nikt nie wiedział wówczas, co innego można by podać osobie niejedzącej mięsa. Zważywszy, iż było to 21-22 lata temu, faktycznie w grę mogłyby wchodzić np. ocet czy wyroby czekoladopodobne…
Jeszcze jednym naprawdę mocnym punktem wieczoru było megaenergetyczne wykonanie utworu „Snake” z bodaj najbardziej „brudnej” i chropowatej płyty PJ Harvey „Rid Of Me” z 1993 roku (nie licząc oczywiście zbioru nagrań demo „4-Track Demos” z tegoż samego roku). Ta istna eksplozja siły Polly Jean naprawdę kazała widzom zadać sobie pytanie, skąd w tej filigranowej kobiecie aż tyle energii? Zresztą to zagadnienie przewijało się – zapewne nie tylko w mojej głowie – w zasadzie do samego końca koncertu. Wspomnę tu jeszcze, że w trakcie koncertu nie zabrakło też oczywiście zaśpiewanych syrenim głosem, z akompaniamentem jedynie pianina, ascetycznych utworów z najnowszej płyty PJ Harvey „White Chalk” (2007), będącej przyczynkiem do jej aktualnej trasy koncertowej.
Z racji zajmowanego przeze mnie miejsca na widowni – nie chwaląc się, prawie sam środek drugiego rzędu – Polly Jean Harvey wydała mi się naprawdę bliska. Celowo dwuznacznie piszę tu „bliska”, a nie „blisko”, bo nie idzie mi wyłącznie o usytuowanie nas w przestrzeni: twój idol na przysłowiowe wyciągnięcie ręki, ale także o symboliczną bliskość: idol ulega demitologizacji, przestaje być medialną, znaną wyłącznie z telewizji czy kolorowych gazet ikoną – w tym przypadku symbolem depresji (sic!), a okazuje się drobniutką, skromną i całkiem pogodną kobietą z krwi i kości i osobą z pozytywnie zaskakującym poczuciem humoru i nienaciąganym, „dobrowolnym” otwarciem na kontakt z publicznością.
I właśnie ów kontakt, relacja, jaka wytworzyła się w trakcie koncertu, plus wspomniana dobra akustyka Sali Kongresowej sprawiły, że miałam poczucie, iż uczestniczę w jakimś kameralnym koncercie moich znajomych muzyków, w małym klubie, gdzie wszyscy się znają i wzajemnie rozumieją, a nie w megawydarzeniu roku na skalę krajową, o ile nawet nie środkowoeuropejską. (Owa więź to była ta szczególna nić łącząca ludzi urzeczonych powabem i talentem PJ Harvey, zebranych w tym samym czasie pod jednym dachem.
Ale nie da się jednak ukryć, że pomimo całej swej kameralności, było to jednak naprawdę wielkie wydarzenie. I z wielką klasą. Wymowne, że dziś nie przychodzi się już do punkowego klubu, ani nawet na festiwal rockowy à la Glastonbury czy Bizarre Festival, aby móc usłyszeć PJ Harvey na żywo. Teraz idzie się np. do tak poważ(a)nego miejsca jak Sala Kongresowa, by skonfrontować się z nowym wizerunkiem statecznej pani w białej sukni z bufiastymi rękawami. Ale tu napotykamy na kolejny dysonans – owa suknia, jako żywo przypominająca ślubną, popisana jest czarnym sprayem…
Zwróćmy uwagę na fakt, iż niezwykle osobiste teksty PJ Harvey, od lat niezmiennie traktujące o trudnych relacjach damsko-męskich (i chyba nie tylko), o nieszczęśliwej miłości i… nienarodzonym dziecku, symbolicznie odciskają swe piętno na owej zabrudzonej i zbezczeszczonej sukni „ślubnej”. Bo PJ, wbrew feministkom i na pohybel tym, którzy do śpiewających, tudzież nierzadko ryczących feministek chcą ją zaliczać, od lat wyznaje, bardziej lub mniej świadomie, że od mężczyzny w dużym stopniu jest zależna. I choć swym dalekim od perfekcji – co sama przyznała na samym wstępie warszawskiego występu: „Na żadnym instrumencie nie umiem grać dobrze” – multiinstrumentalnym (także eksperymentalnym – nawet metronom służył jej tu w zasadzie za instrument muzyczny – w fenomenalnym wykonaniu utworu „The Devil”), solowym, absolutnie nieuzależnionym od żadnego wspomagającego ją muzyka show udowodniła, że nie musi z nikim wchodzić w symbiozę, by móc funkcjonować, to jednak strona merytoryczna (teksty plus ich przejmujące, zaangażowane, żywiołowe, egzaltowane odśpiewanie) w dużym stopniu opiera się na czysto ludzkiej potrzebie posiadania tej drugiej osoby, na braku, który stanowi być może najważniejszą determinantę konsekwentnych od lat, autentycznych, naprawdę szczerych działań Polly Jean; braku, którego nie zapełnią – nie wątpię, że także szczere – zapewnienia ze strony fanów, takie jak np.: PJ, we love you! Itepe.
Bo szczęście na linii idol – fani i długo oczekiwane i poprzedzone wieloletnią ciężką pracą spełnienie artystyczne nie oznaczają ani nie równają się szczęściu i prawdziwemu spełnieniu w życiu osobistym. Dopóki więc Billy nie wróci do domu, Polly nadal będzie robić to, co robi, z jednakową pasją, zaangażowaniem i podobnie przekonująco, a nasza sytuacja ukontentowanych jej autentyzmem fanów będzie niestety okupiona jej mrocznym, smutnym życiem i emocjonalną szamotaniną. I choć nie śledzę zdarzeń z życia osobistego PJ, ani tym bardziej nie „siedzę” w jej głowie, to jednak feruję tu to i owo, bo wspomniany brak ma różne odcienie, przybiera różne oblicza, przemieszcza się po strukturze rzeczywistości, nigdy nieuchwytny, nigdy bliżej skonkretyzowany i co więcej – każdy go ma. Grunt w tym, żeby dobrze to wykorzystać. Jak PJ.
Albo to jakaś projekcja mojej osoby na jej teksty i działania…
Wszak mówiłam, że nie umiem napisać tej recenzji!
(Dlatego posiłkuję się komentarzami zebranymi od innych uczestników koncertu, jakie zamieszczam poniżej).
© 2008 Emilia Walczak (fot. TVN24)
PJ stworzyła świetny klimat, w który Sala Kongresowa, wobec której żywiłam pewne obawy (nie bywam często na koncertach w stolicy), nieźle się wpasowała. Dama rocka wprowadziła nas na salony (do salonu i jeszcze wyżej, na samo poddasze – bo taka aura biła z drewnianej sceny wypełnionej tylko wątłym snopem światła i osobliwymi instrumentami obleczonymi w świąteczne lampki) muzyki autentycznej i osobistej (nie mam na myśli PJ, tylko siebie). Mimo że w starej sukni (ślubnej?), sama, otoczona tylko przez instrumenty, krzątająca się między nimi, „brzdąkająca” i „wyjąca” historie o nieodwzajemnionej, niedoczekanej i nieudanej miłości, w kontakcie z publicznością nie miała nic z porzuconej przy ołtarzu wiele lat temu starej panny. Przeciwnie, była ciepła i nawiązała z publiką bardzo dobry, swobodny kontakt. Zasłuchałam się i dałam porwać (chociaż nie mówią mi: Billy).
Gosia
Kompletnie surrealistyczne przeżycie. Nie do opisania, nie do odtworzenia, nie do uwierzenia. Fantastyczny występ wyjątkowej Artystki o doskonałym głosie i fenomenalnej osobowości. Wart każdych pieniędzy. PJ – moja Idolka Absolutna – taka malutka, a wielka.
Paulina Smolarek
Jadąc na koncert bałem się, że PJ może okazać się nadętą gwiazdą, która za nic ma opinię widzów, kontakt z nimi. Zastanawiałem się, czy skoro Polly jest w trasie po Europie, to będzie pamiętać, w jakim jest kraju, mieście. Czy będzie wiedzieć, że jeszcze tu nie była, albo, co gorsze, zgrywać kogoś, komu to wszystko jedno, kto nie pamięta, bo zawsze po/przed/podczas koncertu oddaje się używkom (jakby to było chwalebne oraz godne podziwu i naśladowania).
Myślałem też, że PJ jako gwiazda rocka będzie się zachowywać jak niegrzeczna dziewczyna, która nigdy nie dorosła. Nie znoszę, gdy ludzie starają się za wszelką cenę „być młodszymi”. To nigdy się nie udaje, jest śmieszne i nienaturalne. Przecież i tak wszyscy wiedzą, że Madonna urodziła się w 1958 i żadne operacje plastyczne, młodzieżowe ciuchy, ani poprawki komputerowe nie zrobią z niej dwudziestoletniej Rihanny. |


