|
Strona 3 z 3 PJ stworzyła świetny klimat, w który Sala Kongresowa, wobec której żywiłam pewne obawy (nie bywam często na koncertach w stolicy), nieźle się wpasowała. Dama rocka wprowadziła nas na salony (do salonu i jeszcze wyżej, na samo poddasze – bo taka aura biła z drewnianej sceny wypełnionej tylko wątłym snopem światła i osobliwymi instrumentami obleczonymi w świąteczne lampki) muzyki autentycznej i osobistej (nie mam na myśli PJ, tylko siebie). Mimo że w starej sukni (ślubnej?), sama, otoczona tylko przez instrumenty, krzątająca się między nimi, „brzdąkająca” i „wyjąca” historie o nieodwzajemnionej, niedoczekanej i nieudanej miłości, w kontakcie z publicznością nie miała nic z porzuconej przy ołtarzu wiele lat temu starej panny. Przeciwnie, była ciepła i nawiązała z publiką bardzo dobry, swobodny kontakt. Zasłuchałam się i dałam porwać (chociaż nie mówią mi: Billy). Gosia Kompletnie surrealistyczne przeżycie. Nie do opisania, nie do odtworzenia, nie do uwierzenia. Fantastyczny występ wyjątkowej Artystki o doskonałym głosie i fenomenalnej osobowości. Wart każdych pieniędzy. PJ – moja Idolka Absolutna – taka malutka, a wielka. Paulina Smolarek Jadąc na koncert bałem się, że PJ może okazać się nadętą gwiazdą, która za nic ma opinię widzów, kontakt z nimi. Zastanawiałem się, czy skoro Polly jest w trasie po Europie, to będzie pamiętać, w jakim jest kraju, mieście. Czy będzie wiedzieć, że jeszcze tu nie była, albo, co gorsze, zgrywać kogoś, komu to wszystko jedno, kto nie pamięta, bo zawsze po/przed/podczas koncertu oddaje się używkom (jakby to było chwalebne oraz godne podziwu i naśladowania). Myślałem też, że PJ jako gwiazda rocka będzie się zachowywać jak niegrzeczna dziewczyna, która nigdy nie dorosła. Nie znoszę, gdy ludzie starają się za wszelką cenę „być młodszymi”. To nigdy się nie udaje, jest śmieszne i nienaturalne. Przecież i tak wszyscy wiedzą, że Madonna urodziła się w 1958 i żadne operacje plastyczne, młodzieżowe ciuchy, ani poprawki komputerowe nie zrobią z niej dwudziestoletniej Rihanny.
Albo koncert opóźniony o godzinę... Wtedy pomyślałbym, że ma nas gdzieś, woli posiedzieć w wannie. Pewnie wyjdzie jeszcze później, postawi sobie zegarek, a po godzinie powie: „Sorry, time is out. Bye”.
Ku mojemu zdziwieniu koncert rozpoczął się prawie punktualnie, a zakończył kilkoma utworami na bis. Na scenę nie wyszła wielka mroczna rock-persona, a malutka, ciepła, uśmiechnięta, troszkę nieśmiała kobieta. Nie grała nikogo innego, była sobą. Nie próbowała powiedzieć ani słowa po polsku, ale to przecież lepsze niż obłudne „cześć” i „kocham was”, o które inni pytają obsługę koncertu tuż przed wyjściem na scenę, albo które słyszą w słuchaweczce.
Wszyscy ludzie w Kongresowej przyszli na PJ i pewnie prawie wszyscy wiedzieli doskonale, kim ona jest. Ale myślę, że niewielu wiedziało, jaka jest na żywo. Chyba nie pomylę się twierdząc, że oczarowała widownię. Mnie oczarowała. Byłem zafascynowany jej skromnością i tym wręcz niedowierzaniem, że jej gra i śpiew mogły wywołać taką reakcję widowni. Za każdym razem szczere „Thank you very much”. Za każdym razem czułem, że jej naprawdę jest miło, gdy my klaszczemy i krzyczymy.
Dzięki temu, że poszedłem na koncert, jeszcze lepiej słucha mi się płyt Harvey. Stały mi się bliższe, bardziej rzeczywiste po tym, jak naocznie i „nausznie” stwierdziłem, że PJ umie śpiewać i grać. „Daje radę” na żywo. Nie ma jakiegoś dziwnego wycia i szarpania strun, odbiegającego od poprawianych komputerowo nagrań, jak to ma miejsce u wielu wykonawców. Cały koncert zagrała sama, w butach na obcasie przełączała efekty gitarowe i te, które zabarwiały jej głos. Nie gubiła się w gąszczu kabli, a gdy zamiast pogłośnić – wyłączyła jeden z efektów, umiała śmiać się sama z siebie i przyznała się wszystkim do błędu. Pomimo że mówię sobie, że to jest jej praca, robi to od lat i musi się na tym znać, to i tak jestem pełen podziwu.
Jedna niewielka kobietka, kilka instrumentów, na żadnym z których, jak sama powiedziała, nie gra szczególnie dobrze, i wielkie show, którego się nie ogląda, lecz w nim uczestniczy. Żaden krzyk z widowni nie został zignorowany. Na każdy Polly Jean dała ciekawą i zabawną odpowiedź. Do tego jej głos, gdy śpiewa – mocny, głośny, zaskakujący rozpiętością skali, a gdy mówi – delikatny i przyjemny, taki, w którym słychać uśmiech na twarzy.
Jeśli ktoś powie, że to tylko gra, wszystko po to, by przyciągnąć więcej ludzi, sprzedać więcej płyt i zawsze mieć pełne sale na koncertach, to jedynie wzruszę ramionami. Zwyczajnie w to nie wierzę.
Maciej Smolarek
|