Panna młoda rozedrgana przez swych kawalerów (PJ Harvey, Sala Kongresowa, Warszawa 21/5/2008) |
| Muzyka - recenzje - Muzyka - recenzje | |||||
| piątek, 20 czerwca 2008 14:11 | |||||
Strona 1 z 3
Po pierwsze, PJ słucham, od kiedy sięgam pamięcią – oczywiście mówię tu o życiu świadomym, czasie rozmyślnych wyborów, także tych muzycznych. Po drugie, to na jej piosenkach nauczyłam się grać na gitarze...
Po pierwsze, PJ słucham, od kiedy sięgam pamięcią – oczywiście mówię tu o życiu świadomym, czasie rozmyślnych wyborów, także tych muzycznych. Po drugie, to na jej piosenkach nauczyłam się grać na gitarze (toteż mój udział w koncercie opierał się także na obserwacji scenicznych poczynań PJ od strony czysto technicznej).
Tu ujawnia się znaczenie sentymentalne wydarzenia, jakim był pierwszy (czy na pewno – o tym za chwilę) i jedyny występ w naszym kraju tej niekwestionowanej królowej angielskiej sceny niezależnego rocka. I tyle by mi wystarczyło, aby zachwycić się już samą możliwością udziału w jej koncercie, zobaczeniem jej na żywo, usłyszeniem, by z miejsca zdębieć i oniemieć. Ale występ przyniósł ze sobą także kolejne wielkie atuty, które, po ochłonięciu, postaram się jednak jak najrzetelniej, nie popadając w zamraczający zachwyt, opisać.
PJ Harvey nie zawiodła z jednej strony tych niewybrednych słuchaczy – jakich w Sali Kongresowej naliczyłam naprawdę sporo (kryterium rozpoznania nie ujawnię – tajemnica zawodowa) – wyznających zasadę, że: „najbardziej lubimy i bawimy się przy tych utworach, które już gdzieś kiedyś słyszeliśmy” – i tu np. drugi numer wieczoru, „Send His Love To Me”, oraz grany w ramach bisów, zawsze fenomenalnie brzmiący i poruszający, histeryczny „C’mon Billy” (oba z mocno gitarowej płyty „To Bring You My Love, 1995, podobnie jak otwierająca zarówno koncert, jak i sam ów krążek tytułowa piosenka) wykonane zostały praktycznie bez żadnych odstępstw od swych wersji oryginalnych. Oczywiście w trakcie całego koncertu podobnych kawałków było jeszcze kilka (m. in. piosenka, która – także zdaniem samej PJ – „nigdy się nie nudzi”, czyli „Shame” z krążka „Uh Huh Her”, 2004), ale o tych dwóch akurat wspominam, gdyż to właśnie na nie sama szczególnie czekałam. I w tej kwestii PJ także i mnie nie zawiodła.
Ale z drugiej jednak strony, iście „powalające” (nie znajduję adekwatniejszego słowa) okazały się zupełnie nowe aranżacje utworów: „My Beautiful Leah” (mój zdecydowany faworyt koncertu, wyraz naprawdę niesamowitej ekspresji i wysokiej klasy artyzmu i zaangażowania!), notabene, którego podkład posłużył PJ również do wzbogacenia brzemienia „Angelene” (oba z elektryzującego albumu „Is This Desire?”, 1998), oraz szeroko znanego „Down By The Water”, wręcz romantycznie „ocieplonego” brzmieniowo za pomocą elektrycznej harfy i wyższego niż w „groźnym” oryginale głosu Polly Jean. I właśnie owo „ciepło” jest chyba najlepszym słowem na opisanie atmosfery całego koncertu.
Pomimo istnych tłumów (bilety na wszystkie miejsca siedzące Sali Kongresowej – 2880 – zostały błyskawicznie wyprzedane, zorganizowano tzw. „dostawki”, a pomieszczenie wypełniło się po brzegi także osobami stojącymi), dawało się odczuć znaczną kameralność występu PJ. Niewątpliwie dużą w tym rolę odegrała świetna akustyka miejsca – najmniejszy komentarz ze strony widowni, nawet z najdalszych zakamarków Sali Kongresowej, był dobrze słyszalny zarówno przez całą publikę, jak i samą PJ Harvey, która błyskawicznie weszła z widownią w interakcję i np. uległa na chwilę propozycji pewnego pana, który dwukrotnie nalegał, aby zagrać utwór „Lying In The Sun”. PJ zapomniała jednak tekst i to, jak ów utwór grać – z czego oczywiście sama się śmiała, wprawiając publiczność w szczere rozbawienie.
Chyba zupełnie niespodziewanym utworem był „Nina In Ecstasy” (z limitowanego krążka „B-Sides”), z wykorzystaniem fragmentu utworu Middle Of The Road „Chirpy Chirpy Cheep Cheep” z lat 70. i umieszczeniem go w zupełnie innym kontekście, a już zupełnie zaskakująca była geneza tytułu przedstawiona przez PJ, która to sugestywnie opowiedziała o nocy spędzonej niegdyś w hotelu na przeglądaniu kanałów w telewizorze. Wtedy to ponoć natrafiła na… film pornograficzny pod takim właśnie tytułem! I tu wyznała również, że tytuły piosenek często rodzą się całkiem przypadkowo, i zaszydziła nawet trochę z Bono i piosenki „Beautiful Day” U2, ponownie wprawiając widownię w rozbawienie. Podobnie było z opowieścią o swym rzekomym pobycie w Polsce (sic!) w wieku 17 lat (sic!), w ramach trasy koncertowej odbytej z Johnem Parishem, kiedy to, jako wegetarianka, przez kilka dni zmuszona była jeść chleb z serem, bo w Polsce nikt nie wiedział wówczas, co innego można by podać osobie niejedzącej mięsa. Zważywszy, iż było to 21-22 lata temu, faktycznie w grę mogłyby wchodzić np. ocet czy wyroby czekoladopodobne…
|


