M.S.: Czy denerwują ciebie spotkania autorskie? J.K.: Nie. Denerwuje mnie taka sytuacja, jak dzisiaj, że przecież twoje pytania były jedynymi, jakie padały na sali. Ale przeważnie jest fajnie, bo możesz skonfrontować się z tym, co myślą inni o twojej pracy. Jak stajesz twarzą w twarz, to przynajmniej przeważnie jest jakaś dyskusja. Raczej nie zdarza się, by ktoś powiedział tobie, że jesteś idiotą i chuja wiesz.
M.S.: Czy denerwują ciebie spotkania autorskie? J.K.: Nie. Denerwuje mnie taka sytuacja, jak dzisiaj, że przecież twoje pytania były jedynymi, jakie padały na sali. Ale przeważnie jest fajnie, bo możesz skonfrontować się z tym, co myślą inni o twojej pracy. Jak stajesz twarzą w twarz, to przynajmniej przeważnie jest jakaś dyskusja. Raczej nie zdarza się, by ktoś powiedział tobie, że jesteś idiotą i chuja wiesz.  Jaś Kapela - zdjęcie na blogu kochamwszystkich.blogspot.com
M.S.: A zdarzało się? J.K.: Tak, ale tylko w Internecie. Miałem trochę takich komentarzy na blogu. To zabawne, bo ktoś pisze mi na przykład, że jestem debilem, a potem się upiera, że to poważna wypowiedź a propos mojej książki.
M.S.: Wydawało mi się, że większość komentujących na blogu [blog.art.pl/r/ - przyp. red.] to twoi znajomi. J.K.: Ja z komentujących znam niewiele osób. No, paru może. Znam Kaczkę [Maciej Kaczka – krakowski skandalista, satyryk, poeta i biznesmen – przyp. red.], który prześladuje mnie odkąd zacząłem studiować w Krakowie. To znaczy, z początku nie myślałem, że mnie prześladuje. Dopiero z czasem okazało się, że jest typem trolla, którego głównym celem jest jątrzyć, aby wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie swoją osobą. Ale rozumiem twoje wrażenie w tym sensie, że przyjąłem konwencję pisania bardzo otwartego i w tym sensie, ktoś kto czyta mojego bloga, może czuć się moim znajomym, nawet jeśli nigdy mnie nie spotkał.
M.S.: Od czego zaczęło się twoje pisanie? J.K.: Zaczęło się od tego... może tak: pierwszy mój kontakt z poezją współczesną [śmiech] był podczas turnieju jednego wiersza w Związku Literatów Polskich. Poszedłem tam i przekonałem się, że pisać każdy może, więc może nawet i ja. Jest też taka prężnie działająca instytucja - Staromiejski Dom Kultury. Oni tam wydają jakieś książki, organizują regularnie turnieje jednego wiersza.
M.S.: Ale to jeszcze nie był slamy? J.K.: Nie, slamów jeszcze tam wtedy nie było. Zaczęły się później, kiedy już trochę punktowałem, czyli wygrałem turniej jeden, drugi, dostałem jakieś tam nagrody. I wtedy Jola Grosz mnie dopadła. To ta, która założyła Nieszufladę [www.nieszuflada.pl – jeden z najpopularniejszych w Polsce portali poetyckich – przyp. red], zresztą za pieniądze swojego męża chyba [śmiech]. Zaprosiła mnie do udziału. Wtedy zacząłem publikować na Nieszufladzie.
M.S.: Dlaczego Jaques Lacan? [tytuł książki: Stosunek seksualny nie istnieje jest cytatem z dzieła Slavoja Žižka, opierającego swoją twórczość na myśli Jaques’a Lacana – twórcy nowej szkoły psychoanalizy – przyp. red.] J.K.: To znaczy, ja się za bardzo nie interesuję Lacanem. Choć przemawia do mnie koncepcja „braku” jako zasady egzystencji. Bardziej ode mnie - moi akademiccy koledzy na Uniwersytecie Jagiellońskim. W tym właśnie środowisku polonistycznym jest on ważną postacią, a to dlatego, że dla niego najważniejszy jest język i wszystko tam się rozgrywa w języku. W pewien sposób Lacan przywrócił językoznawstwu wiarę w jego sens. W to, że mówiąc o języku, mówi się o rzeczach najważniejszych. Wiadomo, że jest bardziej psychoanalitykiem niż pisarzem, stąd jest w tym duża warstwa terapeutyczna. Trochę ludzi odnajduje się w tym dyskursie. Dla mnie jest to trochę ezoteryka, ale na pewno ciekawa.
M.S.: Jak się miewa wyimaginowany konflikt pomiędzy tobą a Jackiem Dehnelem, bo wykreowały go chyba gazety? Znacie się przecież dobrze. J.K.: No, znamy się, ale nie jest tak, że się lubimy, że jesteśmy kolegami i chodzimy na piwo, a potem dla zabawy piszemy wrogie względem siebie teksty do gazety. Między nami jest rozdźwięk, którego nie da się zasypać. Dla mnie Dehnel jest jakimś takim wytrychem kultury mieszczańskiej, wannabe szlacheckiej. No nie wiem, cała ta sytuacja, że on sobie to von wytrzasnął skądś i podpisuje się von Dehnel, a przecież jego rodzice sprzedają rury w Gdańsku czy coś. Więc jest to trochę uzurpacja. Połączenie pychy z obyczajowym konformizmem. Byle tylko za bardzo nie razić mieszczan. Ja rozumiem, że niektórzy noszą dredy, chodzą we fraku, stwarza to jakąś różnorodność, ale u niego za tą posturką cały światopogląd idzie. Robi pozy, miny. Przyjął postawę takiego ułagodzonego pisarza; taką, że można go zapraszać na wieczorki autorskie, potem będzie grzeczny, częstował wierszami, i że babcie będą zachwycone. Moim zdaniem za tym powinna iść jakaś fajność, powinien tym zmuszać do myślenia, a nie poklepywać, mówiąc: dobrze, dobrze, i że nie ma co za bardzo kombinować. Moim zdaniem w kombinowaniu właśnie jest cały myk. A jeżeli on już kombinuje, to tylko formalnie; powtarzając Balzaka, opowieści swojej babci. Może to babcia powinna dostać Kościelskich, a nie on?
M.S.: Skąd pomysł na książkę? Byłeś pewien tego, że sprostasz napisaniu czegoś większego, że nie będziesz się tego wstydził? J.K.: Czułem potrzebę napisania czegoś większego. Nigdy nie będę czuł się tego pewny i nie wiem czy się nie wstydzę teraz, prawdę mówiąc. Było tak, że napisałem kilkanaście opowiadań. Myślałem o tym, że to je właśnie wydam. Wysłałem Mareckiemu [Piotr Marecki – redaktor naczelny magazynu literackiego Ha!art i właściciel wydawnictwa o tej samej nazwie – przyp. red.]. Marecki odpisał, że no, spoko, spoko, ale wiesz, napisz powieść, wtedy ci wydamy. A te tutaj, wiesz, to może potem. Dlatego podszedłem do tego poważniej i skończyłem to, co zacząłem wcześniej.
M.S.: Czyli twoja książka jest syntezą tych opowiadań? J.K.: Nie. Opowiadania to co innego. Jedno z nich jest trochę kafkowskie. No, na przykład jest jakieś takie o szaleńcu, który rozwiesza plakaty po mieście informujące o końcu świata i o tym, że podły Kain musi zginąć.
M.S.: Skąd taki akademicki język w książce? Zachowawczy. Jakbyś bał się jakichś nieporozumień semantycznych między wyrazami. J.K.: Nie sądzę, żeby była tam jakaś zachowawczość. Literatura to przecież zabawa językiem i myślę, że to w książce widać. Pewnie jestem trochę skażony przez akademickość, przez to że skończyłem tę Jagiellonkę z wynikiem bardzo dobrym. Z drugiej strony wydaje mi się, że jestem na granicy tego, co mogę zrobić. Moje pisanie akademickie oscyluje na granicy parodii. To znaczy, że raczej nie obroniłbym tego jako doktoratu nigdzie [śmiech]. Wiem, że trochę szaleję ze składnią i mam nadzieję, że nie jest to wypracowanie. Takie coś odczuwam przy lekturze Chutnik czy Czerskiego; bo wydaje mi się, że oni właśnie piszą wypracowania na zadany temat. Myślę, że udało mi się lepiej ogarnąć to wszystko formalnie i estetycznie.
M.S.: W czym się obecnie zaczytujesz? J.K.: Właściwie to czytam jakieś filozofie teraz, trochę marksizmu, nowej lewicy. Jakiś takie niebeletryzowane rzeczy raczej. Ale też trochę zapomnianych pisarzy, którzy nigdy nie trafili do kanonu; Choromańskiego na przykład, czy Łuczeńczyka. Staram się być na bieżąco z tym, co się dzieje teraz w literaturze, ale znowu wiesz przecież, że nie dzieje się tak dużo.
M.S.: Gazety? J.K.: Czytam w sobotę Dziennik, w poniedziałki Wyborczą [śmiech].
M.S.: A Polityka? J.K.: Z rzadka. To znaczy z Polityką to jest tak, że piszę bloga dla nich [popkulturalny.blog.polityka.pl - przyp. red.]. Więc, staram się wiedzieć co tam się dzieje.
M.S.: Łatwo znaleźć dziewczynę po wydaniu książki? J.K.: Ale przecież dziewczyny też szukają chłopaków. Myślę, że w ogóle łatwo znaleźć dziewczynę. Choć trudno taką, z którą chciałoby się być. Jednocześnie mam przekonanie, że jest więcej fajnych dziewczyn niż chłopaków. To raczej one mają problem, żeby znaleźć kogoś sensownego.
M.S.: Jak oceniasz swoją współpracę z Ha!art-em? J.K.: W porządku. Teraz, co prawda, trochę zdryfowali w stronę sztuki konceptualnej, wydają jakieś albumy. Ale może tak już musi być. Nie będzie literatury, tylko dział sztuki konceptualnej. Kiedy tam wydawałem rządził Marecki. Marecki to dla mnie wciąż trochę zagadkowa postać, choć znam go od lat, ale robi dużo dobrego dla polskiej kultury, a przynajmniej się stara, więc jestem w stanie mu dużo wybaczyć.
M.S.: Czy sztuka jest inkluzywna wobec reklamy, czy reklama wobec sztuki? J.K.: Myślę, że ani jedno, ani drugie. Żyjemy w takich dziwnych czasach, gdy ludzie, którzy nazywają się artystami robią nierzadko zupełnie straszne rzeczy, a rzemieślnicy z agencji reklamowych potrafią czasami zabłysnąć. Co nie zmienia, że sprzedawanie swojego talentu wielkim korporacjom wydaję mi się dosyć tragiczne. A jednocześnie rozumiem potrzebę, żeby pracować dla tych, którzy chcą za to płacić. Wszystko to jest niesamowicie skomplikowane. I trudno się w tym odnaleźć.
M.S.: Jaka jest prawda? J.K.: Gdybym to wiedział, sprzedałbym to komuś za grube pieniądze albo wykorzystał do własnych niecnych celów. Ale o co pytasz?
M.S.: Czy masz w planach nowy tomik? A może teraz już tylko proza? J.K.: Trochę już mi się nie chce pisać wierszy. Prozę już bardziej. Choć nie wykluczam, że będę jeszcze wracał do wierszy. Wiersze potrafią być niesamowicie przyjemne. Ale obawiam się, że trzeba do nich mieć więcej uczuć, niż ja ostatnio miewam. A proza to jednak praca. Lepsza taka praca niż inna.
Wywiad autoryzowany
Jaś Kapela (ur. 1984) promował w Bydgoszczy swoją książkę Stosunek seksualny nie istnieje. Oprócz niej jest także autorem dwóch tomików poetyckich: Reklama oraz Życie na gorąco, wydanych nakładem krakowskiego Ha!art-u. Jaś zawitał już raz do Bydgoszczy trzy lata temu, kiedy to razem z Mirosławem Nahaczem wzięli udział w zorganizowanej tu dyskusji o literaturz
|