NIEKULTURA.PL arrow Inaczej arrow Los pasos perdidos... czyli Podróż do źródeł czasu Alejo Carpentiera
11.03.2010.

Los pasos perdidos... czyli Podróż do źródeł czasu Alejo Carpentiera
Drukuj Email 15.04.2009.

Alejo Carpentier, fot.wikipedia…papiery, na których widniały okręty dobijające do portów nieistniejących ni w czasie, ni w przestrzeni, niby defilada chińskiej orkiestry wojskowej między wiecznością a nicością.

 

Jose Lezama Lima: „Raj”

 

Wystarczy spojrzeć na magiczne realia tekstów literatury iberoamerykańskiej, by zdać sobie sprawę, że możliwe jest wszystko i nic jednocześnie. Ta myśl nie odpowiada szczególnie naszym zachodnim, pozornie pragmatycznym umysłom, które lubują się w zwalczaniu swojego horror vacui „za pomocą” katalogów IKEI, kolorowych czasopism i niewyobrażalnie potężnych sklepów. My, którzy stąpamy twardo po ziemi i piszemy listy na liniowanym papierze, doznajemy swoistego uczucia niesmaku postawieni przez kogoś przed faktem dokonanym podróży w osiemdziesiąt światów dookoła dnia, do środka ziemi, jądra ciemności lub źródeł czasu (względnie: „podróży niemożliwych”). Naprzeciw, zapewne śmiesznie wyglądającym, kwaśnym grymasom naszych twarzy „lekkim krokiem” wychodzą ulotne konstrukcje mandali ze słów, starannie układane przez twórców z Ameryki Południowej, gdzie niemożliwość możliwości wszechrzeczy zdaje się być bardziej namacalna i organiczna dla człowieka. W tym swoistym tandemie, jest nam znacznie raźniej i decydujemy się wyrazić nieśmiałą gotowość do lekcji przepaści, którą nam wyżej wspomniani pisarze oferują.

 

Trzymając, zatem w ręku kartkę papieru, (bo czegoś przecież musimy się „chwycić”) nasze twarze doznają szeroko rozumianego rozkurczu, objawiającego się między innymi znacznym przechyleniem żuchwy w kierunku podłogi, stwierdziwszy prawdziwość tezy (skierowanej przeciwko zegarkom) o synchronizmach, metachronizmach i anachronizmach (przynajmniej) osiemdziesięciu światów. Innymi słowy poznajemy diachroniczną przestrzeń, po której porusza się dany autor, dzięki czemu jesteśmy w stanie rzucić się w przepaść swoistej polichronii naszego życia bez lęku i dalszej asekuracji (opcjonalnie: przy niedostrzegalnej asekuracji, pozwalającej nam na nieskromne zadowolenie z własnej odwagi).

 

Poinstruowani i skwapliwie przygotowani do podróży w nieznane, zapuszczamy się, więc nieco niezdarnie, na tereny znajdujące się po drugiej stronie lustra (tej dziury w gładkiej tafli czasu i przestrzeni), a Alejo Carpentier oferuje nam swoje usługi doświadczonego przewodnika (lub też: obserwatora naszych potknięć). Przyjąwszy jego pomoc, podążamy za nim do miejsca do złudzenia przypominające świat znamy nam z codzienności, które dodatkowo przywołuje w naszych głowach wspomnienie krótkiej przypowieści Borgesa, o której pisał Jean Baudrillard na początku jednej ze swoich najsłynniejszych książek. Jest to mianowicie historia o imperium, którego kartografowie postanawiają stworzyć mapę tak dokładną, że przesłania ona całą powierzchnię kraju. Według Baudrillarda jest to najlepsza z możliwych alegorii tego, co nazywa symulacją (simulation, simulacrum), a co owładnęło nieodzownie naszą (zachodnią) cywilizacją. Z początku tego jednak nie dostrzegamy, żyjąc, podobnie jak protagonista powieści, w świecie przenikających się przejawów różnych kultur o zachęcająco świeżym alternatywnym smaku ciekawych przyjęć, przedstawień, wernisaży. Przeczuwamy, podobnie jak ludzie otaczający nas, chęć wydobycia na wierzch jakiegoś bliżej nieokreślonego czasu przeszłego, którego nikły puls tętniący w naszych żyłach skłania nas do penetrowania ogromu historii muzyki, literatury, czy teatru, lecz starania te charakteryzuje słomiany zapał gasnący na dnie butelki wina wraz z końcem wieczora. Ostatecznie, czyjeś ramię wyrywa nas z objęć letargu tego intelektualnego pozerstwa i zmusza do wyjazdu, w celu zagłębienia się w ten nurtujący temat.

 

Kolejna przepaść.

 

Kropelkami potu rysuje się na naszych czołach mieszanka nieprzystosowania do klimatu atmosferycznego tego miejsca, jak i przerażenie spowodowane zintensyfikowanym wrażeniem rozdźwięku kulturowego, jaki tam panuje. Mimo wszystko odnajdujemy pewien szczery urok tylko pozornie przerysowanej rzeczywistości i postanawiamy stopniowo zrzucać zbędny balast obłudnych naskórkowych próżności i nawyków kulturowych. Myśl, że podążamy dobrym tropem dodaje nam przyjemnego uczucia lekkości i zadowolenia Zdzierając kolejne warstwy i pokonując kolejne odsłony tego spektaklu, docieramy do niemal preadamicznego (prenatalnego) stanu, w którym dostrzegamy obraz utopijnej harmonii pomiędzy człowiekiem i naturą, w której ciało stanowi odzwierciedlenie swych celów i potrzeb. W tej transcendentalnej wizji (tak żywej w wierszach Thoreau) wszystko zdaje się mieć zachwycająco pragmatyczny charakter. Nie ma tu miejsca na niepotrzebne gesty, słowa, czy czyny, a wszystko zdaje się być ożywione tym samym oddechem i rytmem. Mit, rytuał i wszelka aktywność twórcza są tu esencją istnienia (obecności), czymś organicznym, niemającym racji bytu poza człowiekiem (będącym nieodzownym elementem natury).Wkrótce, przekonujemy się o wszystkim, podejmując próby tłumaczenia tego na nasz język, który jest tu czymś niezrozumiałym i obcym, co potęguje tylko poczucie własnej hybrydyzacji, rozszczepienia.

 

Z tego też powodu przy najbliższej okazji, banalne pokusy, które jednak z niesamowitą siłą przemawiają do naszych konsumenckich zmysłów, przyciągają nas wraz z bohaterem opowieści do czasu teraźniejszego gdzie wszystko jest bólem głowy i chęcią ponownego zaśnięcia w błogim łonie utopii, którą dopiero opuściliśmy.
Nasze zaostrzone podczas podróży zmysły dostrzegają nagle w pełni nierealny charakter rzeczywistości, w której ułatwianie życia jest jego komplikowaniem, gdyż jest szukaniem wytrawnych rozwiązań, zamiast sięgania po te najprostsze.

 

Nie ma w niej muzyki organicznych szeptów materii martwej i ożywionej ani prawdziwego rytuału (tylko pustka powtarzalności) ani bliskości z drugim człowiekiem (a jedynie kontaktoterapie itp.). Znaki, które miały odzwierciedlać rzeczywistość i uczynić ją komunikowalną, zastąpiły ją (tak, jak mapa przesłoniła kraj u Borgesa). Nasza rzeczywistość to symulacja („brak rzeczywistości”)- kwintesencja nieobecności, jaką jest pismo-fundament naszej kultury.

 

Co więcej, podobnie jak protagonista Carpentiera, który przebył tę długą podróż od marnych tęsknot poprzez wspomnienia własnej przeszłości (np. dzieciństwa w ojczyźnie) i etapy historii ludzkości, dotarł do tytułowych źródeł prawdziwych dla każdego człowieka, zmuszeni jesteśmy zauważyć, że powrót jest niemożliwy. Proces symulacji jest, bowiem nieodwracalny.

To, co nam pozostało to diachronia snów, literatury i błądzenie we mgle przebudzenia…

 

Magdalena Rucińska


 
następny artykuł »

niekultura poleca

Biała Lokomotywa po raz 11.

Biała Lokomotywa 2009Już 28 sierpnia ruszy kolejna, 11. edycja Ogólnopolskich Spotkań Poetów Biała Lokomotywa 2009.  Szczegółowy plan spotkań znajdziesz poniżej

 
Festiwal Dialogu Czterech Kultur 2009 - Terytorium

sestiwal dialogu 4 kulturFestiwal Dialogu Czterech Kultur zakorzeniony jest w tradycji Łodzi, na którą złożyły się kultury zamieszkujących miasto Polaków, Niemców, Żydów i Rosjan. Celem festiwalu jest podjęcie przerwanego przez wydarzenia historyczne dialogu między czterema kulturami, odnawianie tradycji, ale także prezentowanie nowego, współczesnego oblicza kultur partnerskich. Festiwal Dialogu Czterech Kultur jest jednym z najistotniejszych interdyscyplinarnych wydarzeń kulturalnych w Polsce.




 

co ciekawego w sztuce?

Odnalezione fragmenty
fot.Wanda Hansen Wanda Hansen jest absolwentką warszawskiej ASP. Zajmuje się grafiką użytkową, ilustracjami książkowymi, projektowaniem wnętrz, portretami i fotografią. We wrześniu będzie można oglądać fotografie Wandy Hansen na wystawie  pt. "Odnalezione fragmenty" w Galerii Fotografii DeKa w Rybniku.
 

Design: ibolddesign.com